100 % Kutna jeszcze

29 kwiecień 2008

Błękitnieje niebo za oknem. Blask przedziera się przez siwe firany. Będzie pogoda.

W mieszkaniu mimo to chłodno, marzną mi palce u stóp. Zajadam z zachwytem swoją kromkę szczęścia (znów przywołując Świrszczyńską), popijam zimnym mlekiem i myślę o tym, jak człowiekowi niewiele potrzeba. Już chcę 17, chcę siedzieć w pociągu, niech mnie unosi i zabiera tam, gdzie spokój, gdzie cisza, gdzie wszystko…

Przygotowana na drogę jestem znakomicie, w końcu szesnaście godzin w podróży z PKP
to nie przelewki. Mam mp3, dwie książki, przewodnik po Bieszczadach, coby się zapoznać z otoczeniem; mam widoki za oknem, mam sen w zapasie, mam karty do gry, mam marzeń kilka garści i myśli pełną głowę. Chyba się nudzić nie będę.

Prawie spakowana. Plecak ściągnięty sznureczkami. Brakuje kilku drobiazgów, zresztą zaraz po nie się wybieram do miasta. Koniecznie trzeba mi kupić jakiś krem przeciwsłoneczny, płaszcz przeciwdeszczowy, światła przeciwmgielne. Poza tym: żel pod prysznic i szampon – najlepiej 2 w 1, bułki, przewodnik, coś do picia, chusteczki, bandaż elastyczny, doładowanie do telefonu za 5 zł, krem do rąk, i chyba to tyle. Jestem pewna, że o czymś zapomnę. Nie może być inaczej. Proza życia.

Motto na najbliższe dni: Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda

Bedlno - Kutno

Efekt dzisiejszej drogi powrotnej – 28,5 km. Prócz mapki jest jeszcze zmęczenie, gorejące policzki i mnóstwo poplątanych myśli.

Słońce prażyło, ja gnałam przed siebie na mym metalowym rumaku, rozglądałam się ciekawie dookoła – znalazłam jedno miejsce, w które muszę koniecznie wrócić z aparatem i zrobić zdjęcie! – i rozmyślałam…

A marzyłam sobie o wodzie zimnej, głębokiej; toni lazurowej, w której odbijałyby się lekko i przejrzyście spacerujące po niebie cumulusy. Tak na marginesie to los tych chmurek jest nadzwyczaj krótki – i tu odzywa się ta przemądrzała część mojej natury, która zawzięcie i notorycznie sprawdza różnorakie fakty na Wikipedii (to chyba już jakieś uzależnienie, prawda?) – bo “typowy czas życia małego cumulusa trwa 10-30 minut” *. Ja zaś leżałabym nad brzegiem – jeziora? rzeki? strumyka? – tego już wyobraźnia nie ukonkretniła, patrzyłabym w swe odbicie, w kamienie i piasek na dnie, wypoczywałabym w chłodzie pachnącej życiem wilgoci.

Czekam niecierpliwie na wyjazd nad jezioro, gdziekolwiek w zasadzie, gdzieś nad wodę. Na radosny piknik – z kocem, kanapkami i herbatą. Z nieodłączną książką, z radością w oczach, z uśmiechem, nie pieśnią (nie umiem wszak śpiewać) na ustach.

* http://pl.wikipedia.org/wiki/Cumulus

Sezon rowerowy uważam za otwarty.

26.4.2008

Przejechałam jakieś 23 km. I było pięknie. Ciepły, kwietniowy wiatr lizał moją twarz, błękitne niebo i zielone trawy łasiły się do mnie soczystością barw, szaro-niebieski, popękany gdzieniegdzie asfalt wyznaczał drogę.

“Święty, święty, święty –

blask kłujący w oczy.

Święta, święta, święta –

ziemia co nas nosi.”

Pedałując zawzięcie na wysłużonym rowerze taty, mknęłam jak strzała w bezkresie okolicznych wiosek, lasów, pól i łąk. Z wiatrem będąc za pan brat pokonywałam kolejne kilometry. Ot, taka moja mała rowerowa wolność. Bez żadnych zbędnych spraw na głowie, zaprzątnięta tylko myśleniem o Drodze, o kolorach, zapachach, odgłosach atakujących moje zmysły. Cisza. Czas by się wewnętrznie uspokoić, wyciszyć właśnie. W takim momencie, jadąc gdzieś w świat, przed siebie, jest się właśnie najbliżej własnego “ja”. Może ono wtedy wybrzmieć, nie zagłuszane wszak niczym.

Lubię jeździć na rowerze. Człowiek wtedy odpoczywa od wszystkiego. Jest sam ze sobą, w najlepszym przecież towarzystwie. Istotne jest tylko TU i TERAZ. Najważniejszy – miarowy ruch nóg, obracające się koła, zmieniająca się wciąż na nowo rzeczywistość wokół mnie. Niesamowite, że wehikuł złożony z jakichś stalowych rurek, śrubek, linek, drucików i Bóg jeden wie z czego jeszcze, trzyma się kupy i jedzie, jedzie… Brawa dla Karla Freiherra Draisa von Sauerbronna – za patent pierwowzoru roweru (maszyny biegowej).

Jadąc dziś z wizytą do siostry zajęta byłam poszukiwaniem odpowiednich słów, bo w końcu “odpowiednie [trzeba] dać rzeczy słowo”, jak pisał Poeta. Takich to wyrazów żeby były w sam raz, nie za duże i nie za małe. Bo jak tu znaleźć dobre słowa na opisanie całej wyprawy? Jak napisać by nie przekłamać? By oddać te emocje, te wrażenia, tak przecież kruche i ulotne, zmieniające się jak w kalejdoskopie…

Taka dość marna relacja, kilka godzin po całej wyprawie, jest jedynie jedną z wielu możliwych interpretacji.

* * *

“Gdyby społeczeństwo nasze z tą samą energią i jednomyślnością, z jakimi uprawia cyklizm, uprawiać zechciało wiedzę i cnotę, stalibyśmy się wkrótce jednym z narodów najwyżej stojących intelektualnie i moralnie.”

Witold Gomulicki

Więc może nie do piór, nie do szkół, ale na rowery???

Galopujące Walkirie

23 kwiecień 2008

Szczęśliwa jak psi ogon. Tak dzisiaj właśnie się czuję. To tak przywołując Świrszczyńską.

Jest pięknie, no może było pięknie – błękitne niebo bez najmniejszej nawet, lekko waniliowej chmurki, chłód wiatru, muskający z nieśmiałością moją twarz, radosne chwile z przyjaciółmi, palącymi słodkie papierosy przed wejściem na Wydział. Na chwilę obecną otacza mnie chaos w postaci stosów piętrzących się książek, stert kartek, karteluszek i innych dziwnych świstków papieru, a wszystko to w pomieszczeniu 4×3 (może większe, może mniejsze – nie potrafię oceniać wielkości, odległości i innych ilości :P ) z odłażącą tapetą i kiczowatymi kasetonami na suficie – pięknie być nie może. Logiczne!

I wizyta w księgarni. Jako że miałam przy sobie oczywiście jakiś grosz, został on natychmiast zainwestowany w zbiór opowiadań Raymonda Carvera pod wielce znaczącym tytułem “O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości”.

Ale to i tak nie było hitem dzisiejszych odwiedzin w księgarni. Wydziałowej dodam. Dla zainteresowanych: Collegium Maius, ul. Fosa Staromiejska 3, Toruń. Ale do rzeczy. Pomijając fakt, że oczywiście MUSIAŁAM zrzucić stos książek (nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła), gwoździem programu była krótka wymiana zdań z pewnym starszym panem, zapewne jakimś naukowcem (tak wyglądał – wiem, stereotypy, uogólnienia, ale jestem pewna, że to był jakiś profesor, docent czy innej maści pracownik).

Profesor, tak go dla wygody nazwijmy, przeglądał sobie opasłą księgę “Pióro w wątłych dłoniach. O twórczości kobiet w dawnych wiekach” Jerzego Strzelczyka, wertując i wczytując się w opis na okładce. Przy okazji zamruczał pod nosem, całkiem głośno:

- Hmm, coś dla feministycznych galopujących Walkirii!

W tym momencie, stojący obok mnie Adrian wybuchnął śmiechem i wydusił z siebie:

- Właśnie jedna obok pana stoi.

Profesor, niczym nie zmieszany, spojrzał na mnie zza grubych szkieł swoich okularów i zapytał:

- A zna pani tę książkę?

Odpowiedziałam grzecznie, że nie i usłyszałam w rewanżu, że w takim razie powinnam się zapoznać. Na tym nasza konwersacja się zakończyła, zapłaciliśmy – ja za opowiadania, Adrian za jakąś książkę o śmierci i za “Historię erotyzmu” Bataille’a – i wyszliśmy. Do cukierni po bułki.

Mam jednak cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam Profesora w księgarni i znów zamienię z nim kilka słów. Był uroczy, uprzejmy i ujął mnie tymi Walkiriami. Mimo wszystko.

I na zakończenie – bonus z Wikipedii.

Edward Robert Hughes
Czuwanie Walkirii

Edward Robert Hughes \