Sezon rowerowy uważam za otwarty.

Przejechałam jakieś 23 km. I było pięknie. Ciepły, kwietniowy wiatr lizał moją twarz, błękitne niebo i zielone trawy łasiły się do mnie soczystością barw, szaro-niebieski, popękany gdzieniegdzie asfalt wyznaczał drogę.
“Święty, święty, święty -
blask kłujący w oczy.
Święta, święta, święta -
ziemia co nas nosi.”
Pedałując zawzięcie na wysłużonym rowerze taty, mknęłam jak strzała w bezkresie okolicznych wiosek, lasów, pól i łąk. Z wiatrem będąc za pan brat pokonywałam kolejne kilometry. Ot, taka moja mała rowerowa wolność. Bez żadnych zbędnych spraw na głowie, zaprzątnięta tylko myśleniem o Drodze, o kolorach, zapachach, odgłosach atakujących moje zmysły. Cisza. Czas by się wewnętrznie uspokoić, wyciszyć właśnie. W takim momencie, jadąc gdzieś w świat, przed siebie, jest się właśnie najbliżej własnego “ja”. Może ono wtedy wybrzmieć, nie zagłuszane wszak niczym.
Lubię jeździć na rowerze. Człowiek wtedy odpoczywa od wszystkiego. Jest sam ze sobą, w najlepszym przecież towarzystwie. Istotne jest tylko TU i TERAZ. Najważniejszy - miarowy ruch nóg, obracające się koła, zmieniająca się wciąż na nowo rzeczywistość wokół mnie. Niesamowite, że wehikuł złożony z jakichś stalowych rurek, śrubek, linek, drucików i Bóg jeden wie z czego jeszcze, trzyma się kupy i jedzie, jedzie… Brawa dla Karla Freiherra Draisa von Sauerbronna - za patent pierwowzoru roweru (maszyny biegowej).
Jadąc dziś z wizytą do siostry zajęta byłam poszukiwaniem odpowiednich słów, bo w końcu “odpowiednie [trzeba] dać rzeczy słowo”, jak pisał Poeta. Takich to wyrazów żeby były w sam raz, nie za duże i nie za małe. Bo jak tu znaleźć dobre słowa na opisanie całej wyprawy? Jak napisać by nie przekłamać? By oddać te emocje, te wrażenia, tak przecież kruche i ulotne, zmieniające się jak w kalejdoskopie…
Taka dość marna relacja, kilka godzin po całej wyprawie, jest jedynie jedną z wielu możliwych interpretacji.
* * *
“Gdyby społeczeństwo nasze z tą samą energią i jednomyślnością, z jakimi uprawia cyklizm, uprawiać zechciało wiedzę i cnotę, stalibyśmy się wkrótce jednym z narodów najwyżej stojących intelektualnie i moralnie.”
Witold Gomulicki
Więc może nie do piór, nie do szkół, ale na rowery???



O tak ! spaniale jest poczuć “wolność” roweru, choć ostatnio to zaniedbałem, coraz bardziej mi tego brakuje, chyba w najblizszym wolnym terminie bedzie jakis wypad, może myśli złe gdzieś sobie popłyną, przynajmniej na chwile…
Sezon rowerowy jest caly czas otwarty. Dla listonosza na pewno.
Po pierwsze: rozmawiałem z magnoliami; są obrażone i nie wiem czy uda się Tobie je przeprosić
Przed sesją człowiek nawet jakby chciał sobie pojeździć, to może co najwyżej po książki do biblioteki
Uciekam do listów waćpana Krasińskiego do jego kochanego Papy (w ramach zaliczeniówki). Dr Pniewski niedługo zacznie spędzać mi sen z powiek.
Do drugie: lubię jeździć na rowerze, oczywiście, bo zdrowe, przyjemne, odstresowujące. Jednak zjeżdżając do Toronto zauważyłem, że raczej mało ciekawe to okolice na wycieczki. Proszę pamiętać, ze pisze to osoba, która pierwszą połowę życia spędziła na Mazurach, drugą nad samym morzem, więc takie Kujawy to wrażenia zrobić na mnie nie mogą
Jej, to Gomulickiemu naprawdę się kiedyś udało powiedzieć coś mądrego?
Strasznie sympatyczna notka. Aż ma się ochotę wskoczyć na rower samemu - i jak Maria z “Postrzyżyn” śmigać z piwem, mięsem, tu i tam. Mniam!
Fajnie Kleyff to napisał ;d znaczy ze dzez i tytuł ;pp
z rowerem średnio mi idzie, ale za to czytać umiem, chociaż sie nacieszyłam ze ludzie tak dbają o swoją tężyznę fizyczną ;p
i nie Kleyff tylko Janerka ;d
jestem głupkiem, ostatnio dużo ONZ słucham i przeniosłam to na grunt komentatorski ;(