100 % Kutna jeszcze
29 kwiecień 2008
Błękitnieje niebo za oknem. Blask przedziera się przez siwe firany. Będzie pogoda.
W mieszkaniu mimo to chłodno, marzną mi palce u stóp. Zajadam z zachwytem swoją kromkę szczęścia (znów przywołując Świrszczyńską), popijam zimnym mlekiem i myślę o tym, jak człowiekowi niewiele potrzeba. Już chcę 17, chcę siedzieć w pociągu, niech mnie unosi i zabiera tam, gdzie spokój, gdzie cisza, gdzie wszystko…
Przygotowana na drogę jestem znakomicie, w końcu szesnaście godzin w podróży z PKP
to nie przelewki. Mam mp3, dwie książki, przewodnik po Bieszczadach, coby się zapoznać z otoczeniem; mam widoki za oknem, mam sen w zapasie, mam karty do gry, mam marzeń kilka garści i myśli pełną głowę. Chyba się nudzić nie będę.
Prawie spakowana. Plecak ściągnięty sznureczkami. Brakuje kilku drobiazgów, zresztą zaraz po nie się wybieram do miasta. Koniecznie trzeba mi kupić jakiś krem przeciwsłoneczny, płaszcz przeciwdeszczowy, światła przeciwmgielne. Poza tym: żel pod prysznic i szampon – najlepiej 2 w 1, bułki, przewodnik, coś do picia, chusteczki, bandaż elastyczny, doładowanie do telefonu za 5 zł, krem do rąk, i chyba to tyle. Jestem pewna, że o czymś zapomnę. Nie może być inaczej. Proza życia.
Motto na najbliższe dni: Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda…