Piwo i metafizyka
25 maj 2008
Ciężkie rozmowy późnym wieczorem, nocą w zasadzie, przy piwie.
Czy Bóg istnieje?
A skąd ja mam do cholery wiedzieć?? Próbuję wytłumaczyć K. swoją wersję wydarzeń, ale mimo wszystko się nie udaje. Według mnie nie ma Tak albo Nie. Moja odpowiedź na to podstępne (a wydawałoby się proste) pytanie brzmi: Nie wiem. I na tym polega trudność. Bo według K. każdy musi sobie udzielić odpowiedzi na to pytanie. I oczywiście są tylko dwie możliwości. Żadnych półśrodków. Nie ma opcji gdzieś pomiędzy. A moim zdaniem świata nie da się opisać za pomocą 1 i 0, tak i nie; to byłoby zbyt proste. Logika się tu nie sprawdza; opisuje bowiem tylko wycinek świata i rzeczywistości (czymkolwiek ta jest).
I na nic się zda tłumaczenie K., że nie trzeba sobie dawać jednoznacznych odpowiedzi. Są pytania, na które nie dostanie się ich nigdy. A bynajmniej nie będzie się mieć pewności.
Może i metafizyka jest podwaliną wszystkich innych dziedzin. Może! A dla mnie nie jest. Nie jestem w stanie ustalić czy Bóg jest czy go nie ma, etc. Interesuje mnie człowiek i jego problemy. To, co jest tu i teraz. O wiele bardziej pragnę wiedzieć jak komuś pomóc, co zrobić, jak doradzić, ulżyć, wesprzeć. W konkretnych przypadkach Bóg schodzi na dalszy plan, liczy się człowiek. Tego się będę trzymać.
Zresztą czy ważne jest to czy Bóg jest?
Ważne, że potrafisz widzieć dobro…Tak śpiewali…
***
Samo życie. Tak na zakończenie. Ten sam wieczór. Bar. Kolejka do łazienki. Jakiś gość, który podobno mnie kojarzy, uskutecznia pogawędkę ze mną.
-Osmarkałaś się?
-SŁUCHAM?!?
- Zaziębiłaś się?
- No tak.
- Mi też się to zdarza.
Ciemną nocą bez gwiazd…
20 maj 2008
Podszeptów zazdrości nie należy słuchać. Zielonooka Bestia czujnie mnie obserwuje z kącika pokoju, reaguje na każde drgnienie mego nastroju. Doczołguje się do mnie, staje za prawym ramieniem i wpuszcza przez ucho do głowy niedobre myśli. A one potem niespokojne szamoczą się, próbują uciec, na nic to. Rozłażą się po całym ciele, czuję je wszędzie, w kolanie, na karku, oplatają palce, środkowy, serdeczny, wskazujący…
Trochę jak w pajęczej sieci, im mocniej zaczynam się szarpać, tym bardziej Ona mnie ma. Usidliła mnie. Uwiodła. Podstępnie, a jakże. W kokonie trujących myśli uświadamiam sobie, że tak już będzie. Co najwyżej mogę zatrzymać ten pęd, ale go nie cofnę, nie wrócę.
***
Tu jest zbyt spokojnie. Wszystko jest jasne, określone. A ja mam ochotę wyjść i zgubić się nocą w mieście. Biec przed siebie bez celu. Wykrzyczeć, wyrzygać te myśli. Oczyścić. Stać się pustą w środku. Odpocząć od tego szaleństwa wewnątrz, może nabrać dystansu?
Działać przede wszystkim. Niech się coś zacznie dziać, cokolwiek. Byle nie ta bierność, ten marazm, gnuśność prawie…
Wspomnienia piątkowe
19 maj 2008
Piątkowy dzień w zasadzie spędzony w pociągu. Czytałam, a w przerwach wyglądałam przez okno i podziwiałam coraz bardziej pofałdowany krajobraz. Wszędzie wiosennie, feeria barw. Pola żółcące się od rzepaku, zieleniejące od posadzonych zbóż. Las ciemniejący, cieniem przykryty, dający ochłodę w gorący dzień. Gdzieś przebiega, wcale nie wystraszona, sarenka, z dużymi brązowymi oczami i pyszczkiem delikatnym i uroczym.
Pociąg osobowy z Wrocławia do Jeleniej Góry, jadący przez Wałbrzych. Cały wypchany ludźmi, dziw że nie pęka w swoich kolejowych szwach. Wszędzie szum, gwar rozmów, stukot kół. Jakaś pani podchodzi do gościa siedzącego obok, klepie go w ramię. Mężczyzna zaaferowany, przesuwa się na miejsce pod oknem, patrzy nieprzytomnym wzrokiem i przepraszająco się uśmiecha. Cały dialog, a bez słów. Gość jednak, zmuszony przez stojącą nad nim kobietę, wyjmuje słuchawki z uszu, pani wskazuje na okno i mówi, w wydaje rozkaz (o żadnym sprzeciwie nie ma mowy):
- Proszę o zamknięcie okna!
Facet zamyka okno z niemiłosiernie brudną szybą, a ja sobie myślę, że w takim razie zaraz się tu wszyscy podusimy.
Na niebie chmury, zwiastujące nadchodzącą ulewę. Nie spieszyła się, pokazała na co ją stać już u kresu podróży. Lunęło. Szarość, jak zasłona smutku, opadła na świat. Szumiało, pochłodniało. Wyskoczyłam z pociągu, deszcz zmoczył moją twarz. Mokre spodnie przyklejały się do ud. Takie naturalne, bawełna i moje ciało, prawie jedność. Chciałam zostać, moknąć. Chłonąć życie zawarte w kroplach, sytych, prawie tłustych. Przeżyć takie swoje wałbrzyskie katharsis. Nie tym razem. Może następnym…
Gdzieś w Polsce
16 maj 2008
Wychodzę za piętnaście minut. Spakowana, kanapki zrobione na drogę, książka do czytania zabrana, dobry humor jest, więc jest dobrze. I liczę na to, że w pociągu będą miejsca.
Toruń Główny -> Wrocław Główny -> Wałbrzych Miasto
Powrót jest bardziej skomplikowany:
Wałbrzych Miasto – > Warszawa Centralna -> Kutno -> Toruń
Jednym słowem nosi mnie po świecie. Mars w Strzelcu robi swoje.
Lubię pociągi, bo w nich jestem gdzieś MIĘDZY. W ruchu, niedookreślona, zmienna. Najlepiej mi się chyba myśli, gdy wsłuchując się w stukot kół, wyglądam przez okno i wpatruję się w umykające polskie krajobrazy. Jasnozielona łąka zmienia się w ciemny las, straszny dopiero nocą. Brązowa, ciemna, żyzna ziemia pól wyleguje się pod błękitem nieba i nieustanną pieszczotą słońca. Szarość, smutność polskich miast przechodzi jak za dotknięciem ręki.
Lubię pociągi.
Męka może nie pańska, ale panina
14 maj 2008
Ja doprawdy, chyba lubię sobie komplikować życie. Jest środa, piękny słoneczny poranek, ptaszki gdzieś między zielonymi gałązkami ćwierkają, na niebie żadnej chmurki, no sielanka po prostu, w perspektywie sympatyczne zajęcia z filozofii starożytnej, potem luz; możliwe by było na przykład pójście na bulwar i wygrzewanie się w słonecznych uściskach, albo przejście się po Starym Mieście, zajadając waniliowe lody lub przespacerowanie się z książką do parku, rozgoszczenie się na jakiejś ławeczce w chłodzie drzew i czytanie.
Ale co?
Ale nie!
Ja muszę zamknąć się w swoich zapyziałych czterech ścianach, siedzieć przy biurku z czarną lampką i dłubać w tekstach tworząc referat na konferencję.
Trzeba jednak przyznać, że tym razem zabrałam się do pisania wcześniej (konferencja zaczyna się w piątek, swoje wystąpienie mam zaplanowane na sobotę), referat piszę od poniedziałku. Na ostatnią konferencję (notabene pierwszą w swoim życiu, na której występowałam) referat pisałam dzień przed – przez całą noc, odczytywałam jako pierwsza osoba w ogóle.
Zatem postęp jakiś jest. Nie można nie stwierdzić. Tylko co z tego? Mogłabym zacząć pisać ten swój tekst już dawno, przemyśleć wszystko, posprawdzać, dopieścić i wygładzić. Nie! Paulinka tak nie umie. Nie potrafi. To byłoby sprzeczne z jej zasadami. No bo jak, pisać pracę miesiąc przed terminem? Kto to widział? Kto o tym słyszał?
No i mam za swoje. Siedzę i piszę i skreślam i poprawiam i czoło marszczę też.
***
A na zakończenie dialog sprzed kilku dni.
Rozmowa zasłyszana na Starym Mieście. Ze sklepu wychodzi trzech gości. Jeden niesie reklamówkę. Idą za mną, rozmawiają na tyle głośno, że wszystko słyszę.
Jeden się odzywa:
- Ej, jeszcze nigdy nie miałem takich wysokich butów.
Na to drugi:
- No to pamiętaj, musisz teraz dres podwijać, żeby Ci było buty widać.
Tanie wino
8 maj 2008
Lingwistycznie nieco tym razem. I lekko degustacyjnie.
Wracając wspomnieniami do wyprawy w Bieszczady. Siedzimy drugiego dnia wieczorem w knajpce (dla zainteresowanych tutaj: http://www.staresiolo.com/ ) , czekamy na zamówione przysmaki, popijamy chłodne piwo i rozmawiamy. Jakoś tak po krętych ścieżkach konwersacji zeszliśmy w końcu na temat win. Inspiracją była karta dań – zawierająca 300 gatunków tego szlachetnego trunku pochodzących z całego świata. My aż tak wysoko nie mierzyliśmy, historie były raczej dość prozaiczne: tanie wina spijane w zadziwiających doprawdy miejscach. Jako że Sebastian (Francuz, z którym porozumiewaliśmy się za pośrednictwem angielskiego; polski znał tyle o ile) nie za bardzo wiedział czym jest jabol, a definicja podana przez jego dziewczynę:
- Jabol – polish typical wine.
nie spotkała się z aprobatą ogółu, postanowiliśmy, że nie ma co tłumaczyć, gimnastykować języka i umysłu. Po prostu Seba musi spróbować. Jak też wymyśliliśmy, tak i zrobiliśmy.
W ABC w Wetlinie taniego wina nie było (-Wszystko sprzedaliśmy!), trzeba było się udać do spożywczego kawałek dalej. Tam i owszem, wino się znalazło, i to nie byle jakie, bo o nazwie odpowiedniej „BIESzcZADY”. Kosztowało 5,5 zł i było niezłe w smaku. Sebie jednak nie przypadło do gustu.
Następnego wieczoru razem z Tomkiem chcieliśmy powtórzyć imprezę z winem tanim i dobrym. Tomek nawet wybrał się te kilka kilometrów do sklepu, ale wrócił z niczym. Na pytanie o wino, sprzedawca zakrzyknął:
- Panie! Ja tu zamówiłem 20 skrzynek tego cymesu, wszystkie poszły! Nic nie zostało.
I tylko żal, że nie udało mi się zerwać etykietki. Bo chciałam na pamiątkę zostawić. Taka karma widocznie. Następnym razem.
***
I druga „winna” historyjka. Tym razem z Krakowa.
P. spotkał pijanych, biednych anarchistów spijających jakiś tani specyfik. Oczywiście poczęstowali P., bo czym chata bogata, tym rada. Na pytanie, co to za wino, P. usłyszał odpowiedź:
- Kochana Dziewica.
Nalali trunku do kubeczka, wypili. Nasz bohater spojrzał na butelkę. Na etykiecie widniało, ni mniej, ni więcej Kochanica Dziedzica. Cóż, anarchistom było chyba wszystko jedno co piją.
Na zakończenie – do poczytania o winach
Dziennik z podróży
5 maj 2008
Powrót do, zdawałoby się, szarej rzeczywistości nie jest wcale łatwy. Mimo, że pogoda o niebo lepsza niż w Bieszczadach, to jednak wolałabym teraz marznąć gdzieś na jakiejś połoninie. Wyglądam przez okno i widzę błękit nieba zasnuty woalem chmur, zielone korony drzew szumiące spokojnie, czerwone dachówki kamienic wygrzewające się w majowych promieniach słońca, sielanka jednym słowem.
A jednak ciągnie mnie w góry. Niech szumi i wieje, niech będzie mroźnie i mokro od deszczu, niech ziębi stopy śnieg, przez rozwalające się buty.
Tam, w tym szumie, w tej wichurze, człowiek odnajduje siebie. Jest spokój i wolność.
Zapomina się o wszystkim – o książkach do przeczytania, pracach do napisania, rzeczach do zrobienia; wszystkie te sprawy zostawione w Kutnie i Toruniu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.
Liczy się tylko kolejny krok naprzód. Skupiam się tylko na odpowiednim postawieniu nogi – tak by kolano nie bolało. Maszeruję, uważając na śliskie od błota kamienie. Pogrążam się myślami w tych otaczających mnie brązach, bo Bieszczady dopiero budzą się z zimowego letargu. Gdzieniegdzie czuć już zapach wiosny, widać pączki kwiatów, słychać szum płynących strumyków. Nieśpiesznie przemyka przez szlak salamandra, niosąc na grzbiecie pocałunki słońca. Tarnica jednak okutana jest jeszcze w śniegowy płaszczyk – pozostałość zimy. Powoli, nieśmiało zdejmuje szarawe i ciężkie odzienie, odkrywając mięsistą, pełną życia ziemię.
Na błękicie jest polana.
Dwa obłoki to hosanna.
Jeden chłopak, drugi panna.
Jeden chłopak, drugi panna.
***
Rano leje. Jedziemy busem, wycieraczki nie mają chwili wytchnienia. Z nadzieją w głosie pytam kierowcy:
- Myśli pan, że przestanie padać?
- Nasz papież, Karol Wojtyła, mawiał, że majowy deszczyk jest zdrowy.
- No fakt, dziś to majowy, może i dla zdrowia, ale co z wczorajszą kwietniową ulewą?
Cisza.
Przejaśniło się później.
Droga powrotna. Siedzimy zmarznięte obok kierowcy; nasz był spokojny, w odróżnieniu od jego syna, który prowadził drugi bus – Sebastian komentował jednoznacznie:
- Fuckin crazy driver!
Dostałyśmy cukierki z Ukrainy, w szeleszczących papierkach. Zajadając słodycze, wyglądałam z ciekawością przez okno, chłonąc niecodzienny przecież krajobraz.
***
Podróż pociągiem była bardzo męcząca. Szesnaście godzin w drodze z polskimi kolejami to nie przelewki. Nie ma to tamto. Zmieściliśmy się w siedem osób z bagażami w jednym przedziale. Rozmowy, piwo, potem śpiew. O północy, jak stwierdziła Ola, dinner time. Zjedliśmy kanapki, potem sprawdzanie biletów. Znienacka zajrzał do nas konduktor, chowane w pośpiechu piwa, szukanie biletów, skomentowane wprawnie:
- Niestety muszę to uznać.
Co z tego, skoro jeden browar poszedł do browarowego nieba? Dalsza podróż z siedzeniem pachnącym jęczmieniem przebiegała już spokojnie.
Zasnęliśmy. Tłustą nocą bez gwiazd.
Za oknem przemykały odblaski z okien pociągu. Biegnące chwile. Hipnotyzujące, wyciągające jak gdyby dłoń z zaproszeniem. Chodź, pomknij z nami! Wzdłuż szyn, po trawach zmęczonych dniem, po kałużach pustych do dna, po kurzu ciężkim smutkiem – pobiec we śnie mocnym, krzepiącym. Zginąć w nim, nie być. Pogrążyć się w uspokojeniu. Stukot kół obejmował delikatnie, zapadałam w drzemkę, by za chwilę nagle się wybudzić.
Przesiadka na Centralnym. Dygotliwy sen. Kilkadziesiąt minut i znów odrapany, żółty dworzec w Kutnie. Koniec wyprawy. A może początek?
Bo jak powiedział nasz kierowca:
- W Bieszczady przyjeżdża się raz. Potem się tylko wraca.
Nie ma rady. Połknęłam bieszczadzkiego bakcyla. Siedzi we mnie i łaskocze w brzuch.