Męka może nie pańska, ale panina
14 maj 2008
Ja doprawdy, chyba lubię sobie komplikować życie. Jest środa, piękny słoneczny poranek, ptaszki gdzieś między zielonymi gałązkami ćwierkają, na niebie żadnej chmurki, no sielanka po prostu, w perspektywie sympatyczne zajęcia z filozofii starożytnej, potem luz; możliwe by było na przykład pójście na bulwar i wygrzewanie się w słonecznych uściskach, albo przejście się po Starym Mieście, zajadając waniliowe lody lub przespacerowanie się z książką do parku, rozgoszczenie się na jakiejś ławeczce w chłodzie drzew i czytanie.
Ale co?
Ale nie!
Ja muszę zamknąć się w swoich zapyziałych czterech ścianach, siedzieć przy biurku z czarną lampką i dłubać w tekstach tworząc referat na konferencję.
Trzeba jednak przyznać, że tym razem zabrałam się do pisania wcześniej (konferencja zaczyna się w piątek, swoje wystąpienie mam zaplanowane na sobotę), referat piszę od poniedziałku. Na ostatnią konferencję (notabene pierwszą w swoim życiu, na której występowałam) referat pisałam dzień przed – przez całą noc, odczytywałam jako pierwsza osoba w ogóle.
Zatem postęp jakiś jest. Nie można nie stwierdzić. Tylko co z tego? Mogłabym zacząć pisać ten swój tekst już dawno, przemyśleć wszystko, posprawdzać, dopieścić i wygładzić. Nie! Paulinka tak nie umie. Nie potrafi. To byłoby sprzeczne z jej zasadami. No bo jak, pisać pracę miesiąc przed terminem? Kto to widział? Kto o tym słyszał?
No i mam za swoje. Siedzę i piszę i skreślam i poprawiam i czoło marszczę też.
***
A na zakończenie dialog sprzed kilku dni.
Rozmowa zasłyszana na Starym Mieście. Ze sklepu wychodzi trzech gości. Jeden niesie reklamówkę. Idą za mną, rozmawiają na tyle głośno, że wszystko słyszę.
Jeden się odzywa:
- Ej, jeszcze nigdy nie miałem takich wysokich butów.
Na to drugi:
- No to pamiętaj, musisz teraz dres podwijać, żeby Ci było buty widać.