Rozmowy przedmałżeńskie
22 czerwiec 2008
-Wyjdziesz za mnie?!?
- No wyjdę.. no..
- To wyłaź!!!
Powtórka z rozrywki
21 czerwiec 2008
TĘSKNIĘ
Tęsknię wnętrznościami i gardłem,
moje włosy tęsknią,
moja skóra
jest zrobiona z tęsknoty.
tęskni światło w mojej głowie.
Ono nie umiera
nawet we śnie,
kiedy umierają włosy, wnętrzności i skóra.
Anna Świrszczyńska
Moja przyjaciółka powiedziała mi (kiedy płakałam jej w ramię, że żałuję niektórych rzeczy, które zrobiłam), że to co robiłam było właściwe. Decyzje podjęte w tamtych chwilach były moje, tak wtedy myślałam, więc tak zrobiłam. Może teraz cierpię, chciałabym wszystko zmienić ale się nie da. Taki człowieczy los.
Gustaw Flaubert “Pani Bovary”
O wyborze i wolności
13 czerwiec 2008
Przez Polskę przetacza się znowu fala rozmów o aborcji, oczywiście (bo bez powodu nikt tak śliskiego tematu nie dotknie) w kontekście czternastoletniej Agaty, która zaszła w ciążę. Ciąża była wynikiem czynu karalnego, więc prawo do aborcji przysługuje dziewczynie. Co się dzieje w tej sprawie, to każdy czytelnik z pewnością wie. Trudno mówić o jakimś konstruktywnym dialogu między dwiema frakcjami, ważne że temat znów pojawił się w mediach.
I bardzo dobrze, że się rozmawia, dyskutuje, pisze – dialog przecież jest podstawą porozumienia. Tylko wydaje mi się, że pro-life’owcy kontra pro-choice’owcy do takiego porozumienia nie dojdą. Jeśli ktoś uważa życie ludzkie za święte (i życiem, a raczej dzieckiem nazywa zygotę, zarodek etc.) to nigdy i w żadnym przypadku nie zgodzi się na usunięcie ciąży. Mimo to uważam, że rozmawiać trzeba. I nie chodzi mi o przekonanie zwolenników obrony życia poczętego do zgody na przerywanie ciąży czy akceptację tego procederu, ale idzie o poszanowanie praw jednostki do decydowania o sobie, o tolerancję – by pokazać, uzmysłowić, że różni ludzie różnie myślą – i mają do tego prawo!
Zawsze najgorszym wydawało mi się, jeżeli ktoś podejmował decyzje za mnie. Tak jakby wiedział lepiej, co będzie dla mnie dobre. Podobnie dzieje się teraz, różne środowiska „pomagają” Agacie w podjęciu decyzji. Mamy akurat w Polsce takie prawo, które nie daje dojść do głosu jednostce. Ktoś decyduje za kogoś, że ma i musi, wszak to kobiecy obowiązek, urodzić dziecko. Na jakąkolwiek dyskusję nie pozostaje miejsca.
Tak naprawdę to jest to pomniejszanie wartości konkretnego człowieka, traktowanie go jak głupca; skoro nie daje mu się możliwości decydowania o swoim życiu, to gdzieś w tle przebija takie rozumowanie: My wiemy lepiej co masz robić… Traktowanie kobiety jak inkubatora, sprowadzanie jej do roli ciężarnej samicy, zapominanie o niej samej, jej uczuciach i emocjach, jest wątpliwe moralnie. Zwłaszcza, że zazwyczaj wiele się krzyczy o życiu, które jest świętym, o dzieciach, życiu poczętym, by o tym łatwo zapomnieć, gdy kobieta już urodzi. Dlaczego nie pozwolić kobiecie o decydowaniu o swoim życiu i ciele, o własnej przyszłości?
Co warto też zauważyć, w świecie zwolenników wyboru jest miejsce dla tych, którzy uważają, że życie jest święte i ciąży przerywać nie wolno. Zresztą mówi o tym sama nazwa, zwolennicy wyboru, nie aborcji. W drugą stronę – zasada ta, już tak nie działa…
Artykuł opublikowany również na łamach Feminoteki. Link poniżej:
Nie ma zjazdu!
9 czerwiec 2008
Mimo wszystko powrót do szarej rzeczywistości do najprzyjemniejszych nie należy.
Zajęcia w plenerze były jednak miłą odskocznią. Trzy dni nad jeziorem, w ładnych, drewnianych domkach, z wyżywieniem, wszystko za free… No haczyk musiał być – a był nim nie kto inny jak sam Immanuel Kant i jego Krytyka czystego rozumu. Oczywiście niewiele (w sumie to nic) rozumiałam, ale jest to o tyle mobilizujące, że postanowiłam przeczytać Krytykę… przez wakacje; obliczyłam, że czytając codziennie 10 stron skończę ją do końca wolnego czasu.
Integracja na linii Toruń – Poznań przebiegała z pewnymi zakłóceniami. Bo za zakłócenie można uznać, gdy ktoś przychodzi (na nasze zaproszenie) do naszego domku, siada przy naszym stole, pije naszą wodę z butelki i wypluwa ją na nasz obrus? Zdecydowanie nie jest to normalne zachowanie.
Było też kilka zabawnych sytuacji, choćby taka wymiana zdań między Olą a jakimś poznaniakiem:
- Cześć. Idziesz nam pomóc?
- A co trzeba zrobić?
- No wiesz, muszę spodnie przebrać…
Chłopak popatrzył i zawinął w długą.
***
Poza tym odkryłam nową przyjemność w swoim życiu. Pływanie kajakiem. Niesamowite.
Siedzę w kajaku na środku jeziora. Nade mną błękitne niebo, pode mną zielono-niebieskie mętne wody, żar leje się na mnie, a ja wiosłuję ile sił. Słoneczne promienie wżerają się w skórę, po kilku dniach przebywania na słońcu i wietrze zaczerwieni się, by potem powoli brązowieć. Wyznaczamy cel – wyspa! Zieleni się, migocze szmaragdowo szuwarami, zaprasza pochylonymi soczystymi drzewami. Kusi, przywołuje. Wśród szumu fal, plusków wyskakujących ryb (pewnie chcą poczuć Heliosowe ciepło), kropel wody spadających na rozgrzane ramiona, nawoływań ptaków mkniemy po wodnej tafli, zbliżając się coraz bardziej do niej. I zawód! Wpływamy do niewielkiej zatoczki; między pochylonymi nad wodą drzewami, zatrzymujemy kajak; chcemy się wybrać na rekonesans. Może to jakaś bachotkowa wyspa skarbów? Kto wie? Nie da się jednak. Ki diabeł, jakiś czar broni wyspy. Obsiadają nas natychmiast komary, wielkie, spragnione krwi; meszki, niewielkie, kłujace, zostawiające na pamiątkę bolesne bąbelki. Owady dzikie, takie co to chyba człowieka na oczy nie widziały, bo rzuciły się na nas nim zdążyłyśmy się dobrze rozejrzeć. Odpłynęłyśmy raz dwa, zabierając ze sobą w darze piekące miejsca na opalonej świeżo skórze.
Oaza spokoju. Albo fatamorgana.
1 czerwiec 2008
„Jestem oazą spokoju. Pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora.”
Spokój. Tego mi właśnie brakuje. Może zbyt wiele spraw do ogarnięcia robi swoje? Życie w ciągłym biegu może i potrafi być czasami zabawne, no ale co z tego? I na dodatek pierwsze siwe włosy. Na szczęście na razie tylko ja je widzę. Inni używają eufemizmów w stylu:
- No może trochę straciły kolor…
Humor poprawiają takie dni jak piątek. Nie nie, nie chodzi o koniec tygodnia. Raczej o kulturalne wstawki jakie miały miejsce. Seans o 20.30 w Cinema i Opowieści z Narnii: Książę Kaspian. Godzina wybrana specjalnie, bo przecież
- Będzie mniej dzieci,
choć wizja się nie spełniła. Dzieci było mnóstwo, na ich szczęście zachowywały się w miarę przyzwoicie. Pomijając już kwestię, że ja osobiście nie zabrałabym swego dziewięcioletniego dziecka (gdybym je miała) na taki film. Bo z jednej strony to oczywiście adaptacja alegorycznej powieści Lewisa, opowiastki dla dzieci, a z drugiej zaś typowy film pełen walki, jatki, ociekający krwią, gdzie słychać szczęk oręża, a fabuła kręci się w zasadzie wokół tego jak zebrać armię i gdzie i kiedy uderzyć na wroga. Pomijając oczywiste nawiązania do Władcy Pierścieni. Niektóre sceny żywcem prawie wzięto z Jacksonowskiej adaptacji, np. twierdza Telmarów kojarzy się z Minas Tirith.
Ciekawostką zaś było dla mnie to, że niektóre sceny kręcono w Polsce – część zdjęć plenerowych kręcono w polskich Karkonoszach (wąwóz wodospadu Kamieńczyk).
Plusem dla filmu jest to, że ponad dwugodzinny seans minął mi bardzo szybko. Fabuła wciąga, czaruje… Choć i tak uważam, że książka jest lepsza. A tak a propos to gdyby ktoś chciał zainwestować w moją biblioteczkę to proszę o kontakt.
Z innym kulturaliów to czytam ostatnio Kochanicę Francuza Fowlesa. To jedna z tych książek, o której się myśli zazdroszcząc, czemu nie jest się autorem tudzież autorką takich słów.
Wczorajsza wyprawa do Czarnego Tulipana (jest powieść o tym tytule, czyżby stąd nazwa?, Aleksandra Dumasa [ojca] ) bardzo mi się podobała. Bilard, kulki, zabawa. Było doprawdy wesoło. I jeszcze wesele w pierwszej sali, a w trzeciej Maja z Agnes. Dwie godziny bilardowania, potem rzutki, strzałki czy jakkolwiek nazywać tę grę. Z tego co pamiętam to nawet piwo wygrałam.
Jarek pojechał. Za oknem topi się żar. Jeszcze trochę i zniknie za horyzontem, i będzie chłód i orzeźwienie. Spokój nocy. Od kilku dni pogoda panuje iście tropikalna. Gdyby nie fakt, że trzeba było zjeść obiad, pewnie wyprawa do Biedronki nie doszłaby do skutku. A tak miałam okazję przespacerować się lepkimi od gorąca ulicami. Żywy ogień lał się z nieba, a znikąd ratunku; choćby najmniejszego wiaterku, najlżejszego podmuchu. Nic. Zastój w powietrzu.
To samo w mieszkaniu. Wydawać by się mogło, że chociaż tu będzie chłodno. W końcu to kamienica, grube mury, fachowa robota. Ale skąd! Równie gorąco jak na zewnątrz. I jeszcze pomarańczowa, od zasłonek, poświata. Złocistość rozświetlała pokój, nadając mu z lekka tylko bajkowy charakter.
***
Boże, miej w opiece moich współlokatorów!
- Jesteśmy nadzy, wydepilowani i gotowi…
(ja nie chcę wnikać na co są gotowi…)