Jedna szóstka zamiast 666
20 luty 2009
Bez bólu i cierpień nie istniejemy.
Eurypides
Malutki kłębek bólu, schowany w czeluściach jaskini policzków, niewygodny, uwierający. Niewzruszony, żadnymi argumentami nie mogłam go nakłonić do opuszczenia tego schronienia. Na nic się zdawały me prośby i błagania, łzy ciężkie i słone. Nawet machnięcie ręką i próba ignorowania nie poskutkowały.
Ból jak przyszedł, tak pozostał. Mościł sobie czerwoną, mięsistą pościel, sadowił się wygodnie i rozciągał całe swoje jestestwo.
Czułam w swoim policzku jego drobne i szybkie kroki. Przebiegał i niknął. Bawił się ze mną w chowanego, tylko ja wcale nie chciałam go szukać. Uczyłam, że sam zapomni gdzie się ukrył lub że znajdzie milszą skrytkę, w której będzie chciał się urządzić. Ale nie! Ból promieniował, ja zjadałam jakąś białą tabletkę, która uśmierzała nie tylko ból ale i całą radosną mnie. Próbowałam normalnie funkcjonować, ale były to tylko próby… Spełzały na niczym.
Z czasem zaczynał przycichać, delikatnieć. Płowiał pod słońcami ibupromu, apapu, a czasem nawet ketonalu. Stawał się kruchy i drobny, rozpływał się w ciele jak landrynka w ustach dziecka. I znikał. Albo to ja o nim zapominałam?
Budził się. Czasem głośno, z wrzaskiem, z tupotem swoich małych nóżek biegał i skakał, przeszkadzał. Mały złośliwiec!
Niekiedy spokojniał. Zaczajał się i przez kilka dni był spokój. Taki wiecie, jak przed burzą. Zawsze wtedy zastanawiałam się kiedy znowu wylezie i zacznie skupiać na sobie całą moją uwagę. I wyłaził. Czasem zaskakiwał wyskakując nagle jak pajac z pudełka. Czasem gramolił się niezgrabnie jak słoń w składzie porcelany, tu coś nadepnął, tu potrącił, zrzucił, stłukł…
Pulsował, rósł i malał, rozszerzał się i kurczył. Moje drugie serce w szczęce. Czuła, że żyję!
Raz to bicie zamarło, zatrzymało się życie w dolnej szóstce i okolicy. Paraliż. Tak jakby ktoś nacisnął pauzę w oglądanym filmie. Nie ma nic. Nie mam połowy twarzy. Biegnę do przedpokoju, staję przed lustrem: – jest!!! W zadziwieniu kwitnę.
I pewnie bym zakwitła (stawiam na róże i pąsy) gdyby nie to, że znów się odezwał. O nie, ile można? Ano długo, przecież miesiąc go przeciągnęłam, siłowałam się, walczyłam. I w końcu uległam. Nie, nie uwiódł mnie. Poddałam się. Sama. To była racjonalna decyzja, przemyślana, słuszna. Morderstwo na zlecenie…
***
Gdzie: Toruń, Filtrowa
Kiedy: Wczoraj, 17.30
Kto: Dentystka
Załatwiła go. Już nie wróci.
Muzą Natchniuzą była Zębowa Wróżka.
Wszystkich zaintersowanych, a pragnących wynagrodzić autorce cierpienia u dentysty prosimy o wpłaty na podany niżej nr konta:
89 1050 1979 1000 0090 6610 7971
20 luty 2009 at 17:44
mmm, ależ piękny opis:)
21 luty 2009 at 21:33
Paulina uwiodłaś mnie tym opisem
27 lipiec 2009 at 9:08
Zębowa wróżka, rozwaliło mnie to…