Bez bólu i cierpień nie istniejemy.

Eurypides

Malutki kłębek bólu, schowany w czeluściach jaskini policzków, niewygodny, uwierający. Niewzruszony, żadnymi argumentami nie mogłam go nakłonić do opuszczenia tego schronienia. Na nic się zdawały me prośby i błagania, łzy ciężkie i słone. Nawet machnięcie ręką i próba ignorowania nie poskutkowały.

Ból jak przyszedł, tak pozostał. Mościł sobie czerwoną, mięsistą pościel, sadowił się wygodnie i rozciągał całe swoje jestestwo.

Czułam w swoim policzku jego drobne i szybkie kroki. Przebiegał i niknął. Bawił się ze mną w chowanego, tylko ja wcale nie chciałam go szukać. Uczyłam, że sam zapomni gdzie się ukrył lub że znajdzie milszą skrytkę, w której będzie chciał się urządzić. Ale nie! Ból promieniował, ja zjadałam jakąś białą tabletkę, która uśmierzała nie tylko ból ale i całą radosną mnie. Próbowałam normalnie funkcjonować, ale były to tylko próby… Spełzały na niczym.

Z czasem zaczynał przycichać, delikatnieć. Płowiał pod słońcami ibupromu, apapu, a czasem nawet ketonalu. Stawał się kruchy i drobny, rozpływał się w ciele jak landrynka w ustach dziecka. I znikał. Albo to ja o nim zapominałam?

Budził się. Czasem głośno, z wrzaskiem, z tupotem swoich małych nóżek biegał i skakał, przeszkadzał. Mały złośliwiec!

Niekiedy spokojniał. Zaczajał się i przez kilka dni był spokój. Taki wiecie, jak przed burzą. Zawsze wtedy zastanawiałam się kiedy znowu wylezie i zacznie skupiać na sobie całą moją uwagę. I wyłaził. Czasem zaskakiwał wyskakując nagle jak pajac z pudełka. Czasem gramolił się niezgrabnie jak słoń w składzie porcelany, tu coś nadepnął, tu potrącił, zrzucił, stłukł…

Pulsował, rósł i malał, rozszerzał się i kurczył. Moje drugie serce w szczęce. Czuła, że żyję!

Raz to bicie zamarło, zatrzymało się życie w dolnej szóstce i okolicy. Paraliż. Tak jakby ktoś nacisnął pauzę w oglądanym filmie. Nie ma nic. Nie mam połowy twarzy. Biegnę do przedpokoju, staję przed lustrem: – jest!!! W zadziwieniu kwitnę.

I pewnie bym zakwitła (stawiam na róże i pąsy) gdyby nie to, że znów się odezwał. O nie, ile można? Ano długo, przecież miesiąc go przeciągnęłam, siłowałam się, walczyłam. I w końcu uległam. Nie, nie uwiódł mnie. Poddałam się. Sama. To była racjonalna decyzja, przemyślana, słuszna. Morderstwo na zlecenie…

***

Gdzie: Toruń, Filtrowa

Kiedy: Wczoraj, 17.30

Kto: Dentystka

Załatwiła go. Już nie wróci.

Muzą Natchniuzą była Zębowa Wróżka.

Wszystkich zaintersowanych, a pragnących wynagrodzić autorce cierpienia u dentysty prosimy o wpłaty na podany niżej nr konta:

89 1050 1979 1000 0090 6610 7971

Liczymy drogie Panie

22 wrzesień 2008

Mamy w Polsce zdecydowanie za dużo pieniędzy. Nie, nie zaglądajcie z nadzieją do portfeli: to „za dużo” to oczywiście logiczny wniosek, jaki można wyciągnąć, obserwując plany naszych ministerstw. Zwłaszcza tego od zdrowia…

Bo co innego można powiedzieć, jeśli chce się wyrzucić mnóstwo pieniędzy na wprowadzenie nowego programu polegającego na rejestrowaniu i monitorowaniu kobiet w ciąży tylko po to, by przekonać się, jak duże jest w Polsce podziemie aborcyjne?

Sam rzecznik ministerstwa, Jakub Gołąb, stwierdza: „Gdyby okazało się, że zarejestrowana kobieta przestanie być w ciąży przed terminem, będzie oznaczało, że poroniła albo ciążę usunęła. W ten sposób uzyskamy informację o skali podziemia aborcyjnego w Polsce”. Po co wprowadzać program, kosztujący zapewne krocie, a przy okazji łamiący prawa człowieka, jeśli można sięgnąć do badań, które odpowiadają na nurtujące pytania. Wystarczy poszukać, a może chcieć po prostu? Wanda Nowicka, przewodnicząca Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, mówi: „Dzięki szacunkowym danym zebranym przez Federację można wnioskować, że w naszym kraju wykonuje się od kilkudziesięciu do nawet 200 tys. aborcji rocznie”.

Pytanie, co zrobić z uzyskaną odpowiedzią. Przecież żadne zakazy i nakazy nie dadzą w rezultacie rzeszy szczęśliwych przyszłych matek. Problem chyba polega na tym, że ministerstwo chce walczyć ze skutkami, zamiast skupiać się na przyczynach, które doprowadzają kobiety do aborcji. Jestem pewna, że rzetelna edukacja seksualna i dostęp do taniej antykoncepcji zmniejszyłyby liczbę wykonywanych zabiegów. Dlaczego jednak pani minister nie chce wprowadzić, w porozumieniu z Ministerstwem Edukacji Narodowej, programu dotyczącego edukacji seksualnej? Bo jej się to nie opłaci. Łatwiej zebrać punkty u wyborców, licząc ciąże, niż ucząc młodych ludzi korzystania ze środków antykoncepcyjnych. A badania pokazują, że edukacja seksualna zmniejsza ilość ciąż u nastolatek, a także opóźnia wiek inicjacji seksualnej.

Program pani Kopacz pogłębi jedynie różnice między biednymi a bogatymi Polkami. Bo co zrobi kobieta w ciąży, która ciąży tej nie chce mieć? Proste – pójdzie prywatnie do lekarza, zapłaci za wizytę, zapłaci za zabieg, sprawy nie będzie. A co zrobi osoba, której nie stać na prywatną wizytę u ginekologa? Albo pójdzie do publicznej służby zdrowia, gdzie ją spiszą, zapewne nadadzą numer i każą przychodzić na comiesięczne badania, albo do lekarza najzwyczajniej nie pójdzie. Rejestr otwiera drogę wszelkim pokątnym metodom usuwania ciąży. Strachem i nakazami jeszcze nigdy niczego nie osiągnięto.

Tak przy okazji, to jestem ciekawa, co i kogo jeszcze pani minister chce liczyć. Bo że kobiety w ciąży, to już wiemy…. Swoją drogą, widzę tu inspirację byłym – na szczęście! – ministrem edukacji – Romanem Giertychem, który także liczył ciąże, ale tylko u uczennic. Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których nie śniło się filozofom. Platformie Obywatelskiej jednak bliżej jest do Ligi Polskich Rodzin, niżby się nam wydawało.

Tekst opublikowany również na portalu feminoteka.pl

O wyborze i wolności

13 czerwiec 2008

Przez Polskę przetacza się znowu fala rozmów o aborcji, oczywiście (bo bez powodu nikt tak śliskiego tematu nie dotknie) w kontekście czternastoletniej Agaty, która zaszła w ciążę. Ciąża była wynikiem czynu karalnego, więc prawo do aborcji przysługuje dziewczynie. Co się dzieje w tej sprawie, to każdy czytelnik z pewnością wie. Trudno mówić o jakimś konstruktywnym dialogu między dwiema frakcjami, ważne że temat znów pojawił się w mediach.

I bardzo dobrze, że się rozmawia, dyskutuje, pisze – dialog przecież jest podstawą porozumienia. Tylko wydaje mi się, że pro-life’owcy kontra pro-choice’owcy do takiego porozumienia nie dojdą. Jeśli ktoś uważa życie ludzkie za święte (i życiem, a raczej dzieckiem nazywa zygotę, zarodek etc.) to nigdy i w żadnym przypadku nie zgodzi się na usunięcie ciąży. Mimo to uważam, że rozmawiać trzeba. I nie chodzi mi o przekonanie zwolenników obrony życia poczętego do zgody na przerywanie ciąży czy akceptację tego procederu, ale idzie o poszanowanie praw jednostki do decydowania o sobie, o tolerancję – by pokazać, uzmysłowić, że różni ludzie różnie myślą – i mają do tego prawo!

Zawsze najgorszym wydawało mi się, jeżeli ktoś podejmował decyzje za mnie. Tak jakby wiedział lepiej, co będzie dla mnie dobre. Podobnie dzieje się teraz, różne środowiska „pomagają” Agacie w podjęciu decyzji. Mamy akurat w Polsce takie prawo, które nie daje dojść do głosu jednostce. Ktoś decyduje za kogoś, że ma i musi, wszak to kobiecy obowiązek, urodzić dziecko. Na jakąkolwiek dyskusję nie pozostaje miejsca.

Tak naprawdę to jest to pomniejszanie wartości konkretnego człowieka, traktowanie go jak głupca; skoro nie daje mu się możliwości decydowania o swoim życiu, to gdzieś w tle przebija takie rozumowanie: My wiemy lepiej co masz robić… Traktowanie kobiety jak inkubatora, sprowadzanie jej do roli ciężarnej samicy, zapominanie o niej samej, jej uczuciach i emocjach, jest wątpliwe moralnie. Zwłaszcza, że zazwyczaj wiele się krzyczy o życiu, które jest świętym, o dzieciach, życiu poczętym, by o tym łatwo zapomnieć, gdy kobieta już urodzi. Dlaczego nie pozwolić kobiecie o decydowaniu o swoim życiu i ciele, o własnej przyszłości?

Co warto też zauważyć, w świecie zwolenników wyboru jest miejsce dla tych, którzy uważają, że życie jest święte i ciąży przerywać nie wolno. Zresztą mówi o tym sama nazwa, zwolennicy wyboru, nie aborcji. W drugą stronę – zasada ta, już tak nie działa…

Artykuł opublikowany również na łamach Feminoteki. Link poniżej:

http://www.feminoteka.pl/readarticle.php?article_id=463