Stanąć twarzą w twarz z samą sobą. Kilka pytań, kilka odpowiedzi. Tak zwany dialog. Jasność tematu. Oświecenie – wewnętrzne rzecz jasna. Od tego całą rzecz trzeba było zacząć. Teraz trochę poniewczasie. Ale jak mówi ludowa mądrość – lepiej późno niż wcale.

Niby marzenie, niby plan. Moja chęć i mój zapał. Wszystko moje. Prócz rozczarowania – bo to niczyje. Za to na stanie mam jeszcze niepewność, lekkie zawstydzenie i poczucie, że zawiodłam dobre osoby. Takie, które we mnie wierzyły. Liczyły na mnie. I się doliczyć nie mogą. Nie teraz w każdym razie.

Oczywiście, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z psychologicznego punktu widzenia znalazł by się i odpowiedni termin – racjonalizacja. Rozum króluje! Tadam! Ale nic. Nadejdzie jeszcze czas bezkrólewia, a na tronie zasiądzie interrex. Niech siada i rządzi. Co mi tam. Stara metoda ze wszystkimi za i przeciw odpowiada, że dobrze się stało. Stało się jak się stać musiało. Albo miało?

Czasy są niepewne, a plany moje przejrzyste, jak niebo w bezchmurny dzień.  A zresztą:

“Nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić, która decyzja jest lepsza, bo nie istnieje możliwość porównania. Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania. To tak, jakby aktor grał przedstawienie bez żadnej próby. Cóż może być warte życie, jeśli pierwsza próba już jest życiem ostatecznym? Dlatego życie zawsze przypomina szkic. Ale nawet szkic nie jest właściwym określeniem, bo szkic to zawsze zarys czegoś, przygotowanie do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest nasze życie, to szkic bez obrazu, szkic do czegoś, czego nie będzie.”

Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”

Dialogi archiwalne

8 lipiec 2008

- Masz klucz Dominiki?

- Do czego?

Rozmowy przedmałżeńskie

22 czerwiec 2008

-Wyjdziesz za mnie?!?

- No wyjdę.. no..

- To wyłaź!!!

Powtórka z rozrywki

21 czerwiec 2008

 TĘSKNIĘ
Tęsknię wnętrznościami i gardłem,
moje włosy tęsknią,
moja skóra
jest zrobiona z tęsknoty.

Ale najpotężniej
tęskni światło w mojej głowie.
Ono nie umiera
nawet we śnie,
kiedy umierają włosy, wnętrzności i skóra.

Anna Świrszczyńska
 

Czasami człowiek musi zrobić coś by żyć w zgodzie ze sobą i wyznawanymi przez siebie wartościami. Zawsze chciałam być uczciwa wobec innych i taka się staram być. Może nie zawsze wychodzi tak jakbym chciała, czasami żałuję podjętych przez siebie decyzji, ale to były moje decyzje. Pretensje o swoje życie mogę mieć tylko do siebie. Staram się aby nikt mną nie kierował. Sama staram się nie kierować innymi.
Moja przyjaciółka powiedziała mi (kiedy płakałam jej w ramię, że żałuję niektórych rzeczy, które zrobiłam), że to co robiłam było właściwe. Decyzje podjęte w tamtych chwilach były moje, tak wtedy myślałam, więc tak zrobiłam. Może teraz cierpię, chciałabym wszystko zmienić ale się nie da. Taki człowieczy los.
 
Istnieją dusze wiecznie udręczone. Potrzebują kolejno marzeń i czynów, najczystszych uczuć i  najdzikszych namiętności i tak popełniają wszelkiego rodzaju wybryki i szaleństwa.”
Gustaw Flaubert “Pani Bovary”

Czyżby to o mnie?
 
 
Notka z 22 czerwca 2003 :) , z mojego ówczesnego bloga, który istnieje cały czas gdzieś w sieci, zabezpieczony hasłem nie-do-odgadnięcia. Historie ludzkie się powtarzają, mniej lub bardziej, z większymi bądź mniejszymi modyfikacjami. Cierpienie przeplata się ze szczęściem i tak to mknie po linii czasu.
 

Nie ma zjazdu!

9 czerwiec 2008

Mimo wszystko powrót do szarej rzeczywistości do najprzyjemniejszych nie należy.

Zajęcia w plenerze były jednak miłą odskocznią. Trzy dni nad jeziorem, w ładnych, drewnianych domkach, z wyżywieniem, wszystko za free… No haczyk musiał być – a był nim nie kto inny jak sam Immanuel Kant i jego Krytyka czystego rozumu. Oczywiście niewiele (w sumie to nic) rozumiałam, ale jest to o tyle mobilizujące, że postanowiłam przeczytać Krytykę… przez wakacje; obliczyłam, że czytając codziennie 10 stron skończę ją do końca wolnego czasu.

Integracja na linii Toruń – Poznań przebiegała z pewnymi zakłóceniami. Bo za zakłócenie można uznać, gdy ktoś przychodzi (na nasze zaproszenie) do naszego domku, siada przy naszym stole, pije naszą wodę z butelki i wypluwa ją na nasz obrus? Zdecydowanie nie jest to normalne zachowanie.

Było też kilka zabawnych sytuacji, choćby taka wymiana zdań między Olą a jakimś poznaniakiem:

- Cześć. Idziesz nam pomóc?

- A co trzeba zrobić?

- No wiesz, muszę spodnie przebrać…

Chłopak popatrzył i zawinął w długą.

***

Poza tym odkryłam nową przyjemność w swoim życiu. Pływanie kajakiem. Niesamowite.

Siedzę w kajaku na środku jeziora. Nade mną błękitne niebo, pode mną zielono-niebieskie mętne wody, żar leje się na mnie, a ja wiosłuję ile sił. Słoneczne promienie wżerają się w skórę, po kilku dniach przebywania na słońcu i wietrze zaczerwieni się, by potem powoli brązowieć. Wyznaczamy cel – wyspa! Zieleni się, migocze szmaragdowo szuwarami, zaprasza pochylonymi soczystymi drzewami. Kusi, przywołuje. Wśród szumu fal, plusków wyskakujących ryb (pewnie chcą poczuć Heliosowe ciepło), kropel wody spadających na rozgrzane ramiona, nawoływań ptaków mkniemy po wodnej tafli, zbliżając się coraz bardziej do niej. I zawód! Wpływamy do niewielkiej zatoczki; między pochylonymi nad wodą drzewami, zatrzymujemy kajak; chcemy się wybrać na rekonesans. Może to jakaś bachotkowa wyspa skarbów? Kto wie? Nie da się jednak. Ki diabeł, jakiś czar broni wyspy. Obsiadają nas natychmiast komary, wielkie, spragnione krwi; meszki, niewielkie, kłujace, zostawiające na pamiątkę bolesne bąbelki. Owady dzikie, takie co to chyba człowieka na oczy nie widziały, bo rzuciły się na nas nim zdążyłyśmy się dobrze rozejrzeć. Odpłynęłyśmy raz dwa, zabierając ze sobą w darze piekące miejsca na opalonej świeżo skórze.

„Jestem oazą spokoju. Pierdolonym, kurwa, zajebiście wyluzowanym kwiatem na tafli jeziora.”

Spokój. Tego mi właśnie brakuje. Może zbyt wiele spraw do ogarnięcia robi swoje? Życie w ciągłym biegu może i potrafi być czasami zabawne, no ale co z tego? I na dodatek pierwsze siwe włosy. Na szczęście na razie tylko ja je widzę. Inni używają eufemizmów w stylu:

- No może trochę straciły kolor…

Humor poprawiają takie dni jak piątek. Nie nie, nie chodzi o koniec tygodnia. Raczej o kulturalne wstawki jakie miały miejsce. Seans o 20.30 w Cinema i Opowieści z Narnii: Książę Kaspian. Godzina wybrana specjalnie, bo przecież

- Będzie mniej dzieci,

choć wizja się nie spełniła. Dzieci było mnóstwo, na ich szczęście zachowywały się w miarę przyzwoicie. Pomijając już kwestię, że ja osobiście nie zabrałabym swego dziewięcioletniego dziecka (gdybym je miała) na taki film. Bo z jednej strony to oczywiście adaptacja alegorycznej powieści Lewisa, opowiastki dla dzieci, a z drugiej zaś typowy film pełen walki, jatki, ociekający krwią, gdzie słychać szczęk oręża, a fabuła kręci się w zasadzie wokół tego jak zebrać armię i gdzie i kiedy uderzyć na wroga. Pomijając oczywiste nawiązania do Władcy Pierścieni. Niektóre sceny żywcem prawie wzięto z Jacksonowskiej adaptacji, np. twierdza Telmarów kojarzy się z Minas Tirith.

Ciekawostką zaś było dla mnie to, że niektóre sceny kręcono w Polsce – część zdjęć plenerowych kręcono w polskich Karkonoszach (wąwóz wodospadu Kamieńczyk).

Plusem dla filmu jest to, że ponad dwugodzinny seans minął mi bardzo szybko. Fabuła wciąga, czaruje… Choć i tak uważam, że książka jest lepsza. A tak a propos to gdyby ktoś chciał zainwestować w moją biblioteczkę to proszę o kontakt.

http://merlin.pl/Opowiesci-z-Narnii-edycja-dwutomowa_Clive-Staples-Lewis/browse/product/1,368277.html

Z innym kulturaliów to czytam ostatnio Kochanicę Francuza Fowlesa. To jedna z tych książek, o której się myśli zazdroszcząc, czemu nie jest się autorem tudzież autorką takich słów.

Wczorajsza wyprawa do Czarnego Tulipana (jest powieść o tym tytule, czyżby stąd nazwa?, Aleksandra Dumasa [ojca] ) bardzo mi się podobała. Bilard, kulki, zabawa. Było doprawdy wesoło. I jeszcze wesele w pierwszej sali, a w trzeciej Maja z Agnes. Dwie godziny bilardowania, potem rzutki, strzałki czy jakkolwiek nazywać tę grę. Z tego co pamiętam to nawet piwo wygrałam.

Jarek pojechał. Za oknem topi się żar. Jeszcze trochę i zniknie za horyzontem, i będzie chłód i orzeźwienie. Spokój nocy. Od kilku dni pogoda panuje iście tropikalna. Gdyby nie fakt, że trzeba było zjeść obiad, pewnie wyprawa do Biedronki nie doszłaby do skutku. A tak miałam okazję przespacerować się lepkimi od gorąca ulicami. Żywy ogień lał się z nieba, a znikąd ratunku; choćby najmniejszego wiaterku, najlżejszego podmuchu. Nic. Zastój w powietrzu.

To samo w mieszkaniu. Wydawać by się mogło, że chociaż tu będzie chłodno. W końcu to kamienica, grube mury, fachowa robota. Ale skąd! Równie gorąco jak na zewnątrz. I jeszcze pomarańczowa, od zasłonek, poświata. Złocistość rozświetlała pokój, nadając mu z lekka tylko bajkowy charakter.

***

Boże, miej w opiece moich współlokatorów!

- Jesteśmy nadzy, wydepilowani i gotowi…

(ja nie chcę wnikać na co są gotowi…)

Piwo i metafizyka

25 maj 2008

Ciężkie rozmowy późnym wieczorem, nocą w zasadzie, przy piwie.

Czy Bóg istnieje?

A skąd ja mam do cholery wiedzieć?? Próbuję wytłumaczyć K. swoją wersję wydarzeń, ale mimo wszystko się nie udaje. Według mnie nie ma Tak albo Nie. Moja odpowiedź na to podstępne (a wydawałoby się proste) pytanie brzmi: Nie wiem. I na tym polega trudność. Bo według K. każdy musi sobie udzielić odpowiedzi na to pytanie. I oczywiście są tylko dwie możliwości. Żadnych półśrodków. Nie ma opcji gdzieś pomiędzy. A moim zdaniem świata nie da się opisać za pomocą 1 i 0, tak i nie; to byłoby zbyt proste. Logika się tu nie sprawdza; opisuje bowiem tylko wycinek świata i rzeczywistości (czymkolwiek ta jest).

I na nic się zda tłumaczenie K., że nie trzeba sobie dawać jednoznacznych odpowiedzi. Są pytania, na które nie dostanie się ich nigdy. A bynajmniej nie będzie się mieć pewności.

Może i metafizyka jest podwaliną wszystkich innych dziedzin. Może! A dla mnie nie jest. Nie jestem w stanie ustalić czy Bóg jest czy go nie ma, etc. Interesuje mnie człowiek i jego problemy. To, co jest tu i teraz. O wiele bardziej pragnę wiedzieć jak komuś pomóc, co zrobić, jak doradzić, ulżyć, wesprzeć. W konkretnych przypadkach Bóg schodzi na dalszy plan, liczy się człowiek. Tego się będę trzymać.

Zresztą czy ważne jest to czy Bóg jest?

Ważne, że potrafisz widzieć dobro…Tak śpiewali…

***

Samo życie. Tak na zakończenie. Ten sam wieczór. Bar. Kolejka do łazienki. Jakiś gość, który podobno mnie kojarzy, uskutecznia pogawędkę ze mną.

-Osmarkałaś się?

-SŁUCHAM?!?

- Zaziębiłaś się?

- No tak.

- Mi też się to zdarza.

Podszeptów zazdrości nie należy słuchać. Zielonooka Bestia czujnie mnie obserwuje z kącika pokoju, reaguje na każde drgnienie mego nastroju. Doczołguje się do mnie, staje za prawym ramieniem i wpuszcza przez ucho do głowy niedobre myśli. A one potem niespokojne szamoczą się, próbują uciec, na nic to. Rozłażą się po całym ciele, czuję je wszędzie, w kolanie, na karku, oplatają palce, środkowy, serdeczny, wskazujący…

Trochę jak w pajęczej sieci, im mocniej zaczynam się szarpać, tym bardziej Ona mnie ma. Usidliła mnie. Uwiodła. Podstępnie, a jakże. W kokonie trujących myśli uświadamiam sobie, że tak już będzie. Co najwyżej mogę zatrzymać ten pęd, ale go nie cofnę, nie wrócę.

***

Tu jest zbyt spokojnie. Wszystko jest jasne, określone. A ja mam ochotę wyjść i zgubić się nocą w mieście. Biec przed siebie bez celu. Wykrzyczeć, wyrzygać te myśli. Oczyścić. Stać się pustą w środku. Odpocząć od tego szaleństwa wewnątrz, może nabrać dystansu?

Działać przede wszystkim. Niech się coś zacznie dziać, cokolwiek. Byle nie ta bierność, ten marazm, gnuśność prawie…

Piątkowy dzień w zasadzie spędzony w pociągu. Czytałam, a w przerwach wyglądałam przez okno i podziwiałam coraz bardziej pofałdowany krajobraz. Wszędzie wiosennie, feeria barw. Pola żółcące się od rzepaku, zieleniejące od posadzonych zbóż. Las ciemniejący, cieniem przykryty, dający ochłodę w gorący dzień. Gdzieś przebiega, wcale nie wystraszona, sarenka, z dużymi brązowymi oczami i pyszczkiem delikatnym i uroczym.

Pociąg osobowy z Wrocławia do Jeleniej Góry, jadący przez Wałbrzych. Cały wypchany ludźmi, dziw że nie pęka w swoich kolejowych szwach. Wszędzie szum, gwar rozmów, stukot kół. Jakaś pani podchodzi do gościa siedzącego obok, klepie go w ramię. Mężczyzna zaaferowany, przesuwa się na miejsce pod oknem, patrzy nieprzytomnym wzrokiem i przepraszająco się uśmiecha. Cały dialog, a bez słów. Gość jednak, zmuszony przez stojącą nad nim kobietę, wyjmuje słuchawki z uszu, pani wskazuje na okno i mówi, w wydaje rozkaz (o żadnym sprzeciwie nie ma mowy):

- Proszę o zamknięcie okna!

Facet zamyka okno z niemiłosiernie brudną szybą, a ja sobie myślę, że w takim razie zaraz się tu wszyscy podusimy.

Na niebie chmury, zwiastujące nadchodzącą ulewę. Nie spieszyła się, pokazała na co ją stać już u kresu podróży. Lunęło. Szarość, jak zasłona smutku, opadła na świat. Szumiało, pochłodniało. Wyskoczyłam z pociągu, deszcz zmoczył moją twarz. Mokre spodnie przyklejały się do ud. Takie naturalne, bawełna i moje ciało, prawie jedność. Chciałam zostać, moknąć. Chłonąć życie zawarte w kroplach, sytych, prawie tłustych. Przeżyć takie swoje wałbrzyskie katharsis. Nie tym razem. Może następnym…

Gdzieś w Polsce

16 maj 2008

Wychodzę za piętnaście minut. Spakowana, kanapki zrobione na drogę, książka do czytania zabrana, dobry humor jest, więc jest dobrze. I liczę na to, że w pociągu będą miejsca.

Toruń Główny -> Wrocław Główny -> Wałbrzych Miasto

Powrót jest bardziej skomplikowany:

Wałbrzych  Miasto – > Warszawa Centralna -> Kutno -> Toruń

Jednym słowem nosi mnie po świecie. Mars w Strzelcu robi swoje.

Lubię pociągi, bo w nich jestem gdzieś MIĘDZY. W ruchu, niedookreślona, zmienna. Najlepiej mi się chyba myśli, gdy wsłuchując się w stukot kół, wyglądam przez okno i wpatruję się w umykające polskie krajobrazy. Jasnozielona łąka zmienia się w ciemny las, straszny dopiero nocą. Brązowa, ciemna, żyzna ziemia pól wyleguje się pod błękitem nieba i nieustanną pieszczotą słońca. Szarość, smutność polskich miast przechodzi jak za dotknięciem ręki.

Lubię pociągi.