Podszeptów zazdrości nie należy słuchać. Zielonooka Bestia czujnie mnie obserwuje z kącika pokoju, reaguje na każde drgnienie mego nastroju. Doczołguje się do mnie, staje za prawym ramieniem i wpuszcza przez ucho do głowy niedobre myśli. A one potem niespokojne szamoczą się, próbują uciec, na nic to. Rozłażą się po całym ciele, czuję je wszędzie, w kolanie, na karku, oplatają palce, środkowy, serdeczny, wskazujący…

Trochę jak w pajęczej sieci, im mocniej zaczynam się szarpać, tym bardziej Ona mnie ma. Usidliła mnie. Uwiodła. Podstępnie, a jakże. W kokonie trujących myśli uświadamiam sobie, że tak już będzie. Co najwyżej mogę zatrzymać ten pęd, ale go nie cofnę, nie wrócę.

***

Tu jest zbyt spokojnie. Wszystko jest jasne, określone. A ja mam ochotę wyjść i zgubić się nocą w mieście. Biec przed siebie bez celu. Wykrzyczeć, wyrzygać te myśli. Oczyścić. Stać się pustą w środku. Odpocząć od tego szaleństwa wewnątrz, może nabrać dystansu?

Działać przede wszystkim. Niech się coś zacznie dziać, cokolwiek. Byle nie ta bierność, ten marazm, gnuśność prawie…

Piątkowy dzień w zasadzie spędzony w pociągu. Czytałam, a w przerwach wyglądałam przez okno i podziwiałam coraz bardziej pofałdowany krajobraz. Wszędzie wiosennie, feeria barw. Pola żółcące się od rzepaku, zieleniejące od posadzonych zbóż. Las ciemniejący, cieniem przykryty, dający ochłodę w gorący dzień. Gdzieś przebiega, wcale nie wystraszona, sarenka, z dużymi brązowymi oczami i pyszczkiem delikatnym i uroczym.

Pociąg osobowy z Wrocławia do Jeleniej Góry, jadący przez Wałbrzych. Cały wypchany ludźmi, dziw że nie pęka w swoich kolejowych szwach. Wszędzie szum, gwar rozmów, stukot kół. Jakaś pani podchodzi do gościa siedzącego obok, klepie go w ramię. Mężczyzna zaaferowany, przesuwa się na miejsce pod oknem, patrzy nieprzytomnym wzrokiem i przepraszająco się uśmiecha. Cały dialog, a bez słów. Gość jednak, zmuszony przez stojącą nad nim kobietę, wyjmuje słuchawki z uszu, pani wskazuje na okno i mówi, w wydaje rozkaz (o żadnym sprzeciwie nie ma mowy):

- Proszę o zamknięcie okna!

Facet zamyka okno z niemiłosiernie brudną szybą, a ja sobie myślę, że w takim razie zaraz się tu wszyscy podusimy.

Na niebie chmury, zwiastujące nadchodzącą ulewę. Nie spieszyła się, pokazała na co ją stać już u kresu podróży. Lunęło. Szarość, jak zasłona smutku, opadła na świat. Szumiało, pochłodniało. Wyskoczyłam z pociągu, deszcz zmoczył moją twarz. Mokre spodnie przyklejały się do ud. Takie naturalne, bawełna i moje ciało, prawie jedność. Chciałam zostać, moknąć. Chłonąć życie zawarte w kroplach, sytych, prawie tłustych. Przeżyć takie swoje wałbrzyskie katharsis. Nie tym razem. Może następnym…

Gdzieś w Polsce

16 maj 2008

Wychodzę za piętnaście minut. Spakowana, kanapki zrobione na drogę, książka do czytania zabrana, dobry humor jest, więc jest dobrze. I liczę na to, że w pociągu będą miejsca.

Toruń Główny -> Wrocław Główny -> Wałbrzych Miasto

Powrót jest bardziej skomplikowany:

Wałbrzych  Miasto – > Warszawa Centralna -> Kutno -> Toruń

Jednym słowem nosi mnie po świecie. Mars w Strzelcu robi swoje.

Lubię pociągi, bo w nich jestem gdzieś MIĘDZY. W ruchu, niedookreślona, zmienna. Najlepiej mi się chyba myśli, gdy wsłuchując się w stukot kół, wyglądam przez okno i wpatruję się w umykające polskie krajobrazy. Jasnozielona łąka zmienia się w ciemny las, straszny dopiero nocą. Brązowa, ciemna, żyzna ziemia pól wyleguje się pod błękitem nieba i nieustanną pieszczotą słońca. Szarość, smutność polskich miast przechodzi jak za dotknięciem ręki.

Lubię pociągi.

Ja doprawdy, chyba lubię sobie komplikować życie. Jest środa, piękny słoneczny poranek, ptaszki gdzieś między zielonymi gałązkami ćwierkają, na niebie żadnej chmurki, no sielanka po prostu, w perspektywie sympatyczne zajęcia z filozofii starożytnej, potem luz; możliwe by było na przykład pójście na bulwar i wygrzewanie się w słonecznych uściskach, albo przejście się po Starym Mieście, zajadając waniliowe lody lub przespacerowanie się z książką do parku, rozgoszczenie się na jakiejś ławeczce w chłodzie drzew i czytanie.

Ale co?

Ale nie!

Ja muszę zamknąć się w swoich zapyziałych czterech ścianach, siedzieć przy biurku z czarną lampką i dłubać w tekstach tworząc referat na konferencję.

Trzeba jednak przyznać, że tym razem zabrałam się do pisania wcześniej (konferencja zaczyna się w piątek, swoje wystąpienie mam zaplanowane na sobotę), referat piszę od poniedziałku. Na ostatnią konferencję (notabene pierwszą w swoim życiu, na której występowałam) referat pisałam dzień przed – przez całą noc, odczytywałam jako pierwsza osoba w ogóle.

Zatem postęp jakiś jest. Nie można nie stwierdzić. Tylko co z tego? Mogłabym zacząć pisać ten swój tekst już dawno, przemyśleć wszystko, posprawdzać, dopieścić i wygładzić. Nie! Paulinka tak nie umie. Nie potrafi. To byłoby sprzeczne z jej zasadami. No bo jak, pisać pracę miesiąc przed terminem? Kto to widział? Kto o tym słyszał?

No i mam za swoje. Siedzę i piszę i skreślam i poprawiam i czoło marszczę też.

***

A na zakończenie dialog sprzed kilku dni.

Rozmowa zasłyszana na Starym Mieście. Ze sklepu wychodzi trzech gości. Jeden niesie reklamówkę. Idą za mną, rozmawiają na tyle głośno, że wszystko słyszę.

Jeden się odzywa:

- Ej, jeszcze nigdy nie miałem takich wysokich butów.

Na to drugi:

- No to pamiętaj, musisz teraz dres podwijać, żeby Ci było buty widać.

Tanie wino

8 maj 2008

Lingwistycznie nieco tym razem. I lekko degustacyjnie.

Wracając wspomnieniami do wyprawy w Bieszczady. Siedzimy drugiego dnia wieczorem w knajpce (dla zainteresowanych tutaj: http://www.staresiolo.com/ ) , czekamy na zamówione przysmaki, popijamy chłodne piwo i rozmawiamy. Jakoś tak po krętych ścieżkach konwersacji zeszliśmy w końcu na temat win. Inspiracją była karta dań – zawierająca 300 gatunków tego szlachetnego trunku pochodzących z całego świata. My aż tak wysoko nie mierzyliśmy, historie były raczej dość prozaiczne: tanie wina spijane w zadziwiających doprawdy miejscach. Jako że Sebastian (Francuz, z którym porozumiewaliśmy się za pośrednictwem angielskiego; polski znał tyle o ile) nie za bardzo wiedział czym jest jabol, a definicja podana przez jego dziewczynę:

- Jabol – polish typical wine.

nie spotkała się z aprobatą ogółu, postanowiliśmy, że nie ma co tłumaczyć, gimnastykować języka i umysłu. Po prostu Seba musi spróbować. Jak też wymyśliliśmy, tak i zrobiliśmy.

W ABC w Wetlinie taniego wina nie było (-Wszystko sprzedaliśmy!), trzeba było się udać do spożywczego kawałek dalej. Tam i owszem, wino się znalazło, i to nie byle jakie, bo o nazwie odpowiedniej „BIESzcZADY”. Kosztowało 5,5 zł i było niezłe w smaku. Sebie jednak nie przypadło do gustu.

Następnego wieczoru razem z Tomkiem chcieliśmy powtórzyć imprezę z winem tanim i dobrym. Tomek nawet wybrał się te kilka kilometrów do sklepu, ale wrócił z niczym. Na pytanie o wino, sprzedawca zakrzyknął:

- Panie! Ja tu zamówiłem 20 skrzynek tego cymesu, wszystkie poszły! Nic nie zostało.

I tylko żal, że nie udało mi się zerwać etykietki. Bo chciałam na pamiątkę zostawić. Taka karma widocznie. Następnym razem.

***

I druga „winna” historyjka. Tym razem z Krakowa.

P. spotkał pijanych, biednych anarchistów spijających jakiś tani specyfik. Oczywiście poczęstowali P., bo czym chata bogata, tym rada. Na pytanie, co to za wino, P. usłyszał odpowiedź:

- Kochana Dziewica.

Nalali trunku do kubeczka, wypili. Nasz bohater spojrzał na butelkę. Na etykiecie widniało, ni mniej, ni więcej Kochanica Dziedzica. Cóż, anarchistom było chyba wszystko jedno co piją.

Na zakończenie – do poczytania o winach :)

http://wiadomosci.onet.pl/1457523,2677,1,kioskart.html

Powrót do, zdawałoby się, szarej rzeczywistości nie jest wcale łatwy. Mimo, że pogoda o niebo lepsza niż w Bieszczadach, to jednak wolałabym teraz marznąć gdzieś na jakiejś połoninie. Wyglądam przez okno i widzę błękit nieba zasnuty woalem chmur, zielone korony drzew szumiące spokojnie, czerwone dachówki kamienic wygrzewające się w majowych promieniach słońca, sielanka jednym słowem.

A jednak ciągnie mnie w góry. Niech szumi i wieje, niech będzie mroźnie i mokro od deszczu, niech ziębi stopy śnieg, przez rozwalające się buty.

Tam, w tym szumie, w tej wichurze, człowiek odnajduje siebie. Jest spokój i wolność.

Zapomina się o wszystkim – o książkach do przeczytania, pracach do napisania, rzeczach do zrobienia; wszystkie te sprawy zostawione w Kutnie i Toruniu przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Liczy się tylko kolejny krok naprzód. Skupiam się tylko na odpowiednim postawieniu nogi – tak by kolano nie bolało. Maszeruję, uważając na śliskie od błota kamienie. Pogrążam się myślami w tych otaczających mnie brązach, bo Bieszczady dopiero budzą się z zimowego letargu. Gdzieniegdzie czuć już zapach wiosny, widać pączki kwiatów, słychać szum płynących strumyków. Nieśpiesznie przemyka przez szlak salamandra, niosąc na grzbiecie pocałunki słońca. Tarnica jednak okutana jest jeszcze w śniegowy płaszczyk – pozostałość zimy. Powoli, nieśmiało zdejmuje szarawe i ciężkie odzienie, odkrywając mięsistą, pełną życia ziemię.

Na błękicie jest polana.

Dwa obłoki to hosanna.

Jeden chłopak, drugi panna.

Jeden chłopak, drugi panna.

***

Rano leje. Jedziemy busem, wycieraczki nie mają chwili wytchnienia. Z nadzieją w głosie pytam kierowcy:

- Myśli pan, że przestanie padać?

- Nasz papież, Karol Wojtyła, mawiał, że majowy deszczyk jest zdrowy.

- No fakt, dziś to majowy, może i dla zdrowia, ale co z wczorajszą kwietniową ulewą?

Cisza.

Przejaśniło się później.

Droga powrotna. Siedzimy zmarznięte obok kierowcy; nasz był spokojny, w odróżnieniu od jego syna, który prowadził drugi bus – Sebastian komentował jednoznacznie:

- Fuckin crazy driver!

Dostałyśmy cukierki z Ukrainy, w szeleszczących papierkach. Zajadając słodycze, wyglądałam z ciekawością przez okno, chłonąc niecodzienny przecież krajobraz.

***

Podróż pociągiem była bardzo męcząca. Szesnaście godzin w drodze z polskimi kolejami to nie przelewki. Nie ma to tamto. Zmieściliśmy się w siedem osób z bagażami w jednym przedziale. Rozmowy, piwo, potem śpiew. O północy, jak stwierdziła Ola, dinner time. Zjedliśmy kanapki, potem sprawdzanie biletów. Znienacka zajrzał do nas konduktor, chowane w pośpiechu piwa, szukanie biletów, skomentowane wprawnie:

- Niestety muszę to uznać.

Co z tego, skoro jeden browar poszedł do browarowego nieba? Dalsza podróż z siedzeniem pachnącym jęczmieniem przebiegała już spokojnie.

Zasnęliśmy. Tłustą nocą bez gwiazd.

Za oknem przemykały odblaski z okien pociągu. Biegnące chwile. Hipnotyzujące, wyciągające jak gdyby dłoń z zaproszeniem. Chodź, pomknij z nami! Wzdłuż szyn, po trawach zmęczonych dniem, po kałużach pustych do dna, po kurzu ciężkim smutkiem – pobiec we śnie mocnym, krzepiącym. Zginąć w nim, nie być. Pogrążyć się w uspokojeniu. Stukot kół obejmował delikatnie, zapadałam w drzemkę, by za chwilę nagle się wybudzić.

Przesiadka na Centralnym. Dygotliwy sen. Kilkadziesiąt minut i znów odrapany, żółty dworzec w Kutnie. Koniec wyprawy. A może początek?

Bo jak powiedział nasz kierowca:

- W Bieszczady przyjeżdża się raz. Potem się tylko wraca.

 

Nie ma rady. Połknęłam bieszczadzkiego bakcyla. Siedzi we mnie i łaskocze w brzuch.

 

100 % Kutna jeszcze

29 kwiecień 2008

Błękitnieje niebo za oknem. Blask przedziera się przez siwe firany. Będzie pogoda.

W mieszkaniu mimo to chłodno, marzną mi palce u stóp. Zajadam z zachwytem swoją kromkę szczęścia (znów przywołując Świrszczyńską), popijam zimnym mlekiem i myślę o tym, jak człowiekowi niewiele potrzeba. Już chcę 17, chcę siedzieć w pociągu, niech mnie unosi i zabiera tam, gdzie spokój, gdzie cisza, gdzie wszystko…

Przygotowana na drogę jestem znakomicie, w końcu szesnaście godzin w podróży z PKP
to nie przelewki. Mam mp3, dwie książki, przewodnik po Bieszczadach, coby się zapoznać z otoczeniem; mam widoki za oknem, mam sen w zapasie, mam karty do gry, mam marzeń kilka garści i myśli pełną głowę. Chyba się nudzić nie będę.

Prawie spakowana. Plecak ściągnięty sznureczkami. Brakuje kilku drobiazgów, zresztą zaraz po nie się wybieram do miasta. Koniecznie trzeba mi kupić jakiś krem przeciwsłoneczny, płaszcz przeciwdeszczowy, światła przeciwmgielne. Poza tym: żel pod prysznic i szampon – najlepiej 2 w 1, bułki, przewodnik, coś do picia, chusteczki, bandaż elastyczny, doładowanie do telefonu za 5 zł, krem do rąk, i chyba to tyle. Jestem pewna, że o czymś zapomnę. Nie może być inaczej. Proza życia.

Motto na najbliższe dni: Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda

Bedlno - Kutno

Efekt dzisiejszej drogi powrotnej – 28,5 km. Prócz mapki jest jeszcze zmęczenie, gorejące policzki i mnóstwo poplątanych myśli.

Słońce prażyło, ja gnałam przed siebie na mym metalowym rumaku, rozglądałam się ciekawie dookoła – znalazłam jedno miejsce, w które muszę koniecznie wrócić z aparatem i zrobić zdjęcie! – i rozmyślałam…

A marzyłam sobie o wodzie zimnej, głębokiej; toni lazurowej, w której odbijałyby się lekko i przejrzyście spacerujące po niebie cumulusy. Tak na marginesie to los tych chmurek jest nadzwyczaj krótki – i tu odzywa się ta przemądrzała część mojej natury, która zawzięcie i notorycznie sprawdza różnorakie fakty na Wikipedii (to chyba już jakieś uzależnienie, prawda?) – bo “typowy czas życia małego cumulusa trwa 10-30 minut” *. Ja zaś leżałabym nad brzegiem – jeziora? rzeki? strumyka? – tego już wyobraźnia nie ukonkretniła, patrzyłabym w swe odbicie, w kamienie i piasek na dnie, wypoczywałabym w chłodzie pachnącej życiem wilgoci.

Czekam niecierpliwie na wyjazd nad jezioro, gdziekolwiek w zasadzie, gdzieś nad wodę. Na radosny piknik – z kocem, kanapkami i herbatą. Z nieodłączną książką, z radością w oczach, z uśmiechem, nie pieśnią (nie umiem wszak śpiewać) na ustach.

* http://pl.wikipedia.org/wiki/Cumulus

Sezon rowerowy uważam za otwarty.

26.4.2008

Przejechałam jakieś 23 km. I było pięknie. Ciepły, kwietniowy wiatr lizał moją twarz, błękitne niebo i zielone trawy łasiły się do mnie soczystością barw, szaro-niebieski, popękany gdzieniegdzie asfalt wyznaczał drogę.

“Święty, święty, święty –

blask kłujący w oczy.

Święta, święta, święta –

ziemia co nas nosi.”

Pedałując zawzięcie na wysłużonym rowerze taty, mknęłam jak strzała w bezkresie okolicznych wiosek, lasów, pól i łąk. Z wiatrem będąc za pan brat pokonywałam kolejne kilometry. Ot, taka moja mała rowerowa wolność. Bez żadnych zbędnych spraw na głowie, zaprzątnięta tylko myśleniem o Drodze, o kolorach, zapachach, odgłosach atakujących moje zmysły. Cisza. Czas by się wewnętrznie uspokoić, wyciszyć właśnie. W takim momencie, jadąc gdzieś w świat, przed siebie, jest się właśnie najbliżej własnego “ja”. Może ono wtedy wybrzmieć, nie zagłuszane wszak niczym.

Lubię jeździć na rowerze. Człowiek wtedy odpoczywa od wszystkiego. Jest sam ze sobą, w najlepszym przecież towarzystwie. Istotne jest tylko TU i TERAZ. Najważniejszy – miarowy ruch nóg, obracające się koła, zmieniająca się wciąż na nowo rzeczywistość wokół mnie. Niesamowite, że wehikuł złożony z jakichś stalowych rurek, śrubek, linek, drucików i Bóg jeden wie z czego jeszcze, trzyma się kupy i jedzie, jedzie… Brawa dla Karla Freiherra Draisa von Sauerbronna – za patent pierwowzoru roweru (maszyny biegowej).

Jadąc dziś z wizytą do siostry zajęta byłam poszukiwaniem odpowiednich słów, bo w końcu “odpowiednie [trzeba] dać rzeczy słowo”, jak pisał Poeta. Takich to wyrazów żeby były w sam raz, nie za duże i nie za małe. Bo jak tu znaleźć dobre słowa na opisanie całej wyprawy? Jak napisać by nie przekłamać? By oddać te emocje, te wrażenia, tak przecież kruche i ulotne, zmieniające się jak w kalejdoskopie…

Taka dość marna relacja, kilka godzin po całej wyprawie, jest jedynie jedną z wielu możliwych interpretacji.

* * *

“Gdyby społeczeństwo nasze z tą samą energią i jednomyślnością, z jakimi uprawia cyklizm, uprawiać zechciało wiedzę i cnotę, stalibyśmy się wkrótce jednym z narodów najwyżej stojących intelektualnie i moralnie.”

Witold Gomulicki

Więc może nie do piór, nie do szkół, ale na rowery???

Galopujące Walkirie

23 kwiecień 2008

Szczęśliwa jak psi ogon. Tak dzisiaj właśnie się czuję. To tak przywołując Świrszczyńską.

Jest pięknie, no może było pięknie – błękitne niebo bez najmniejszej nawet, lekko waniliowej chmurki, chłód wiatru, muskający z nieśmiałością moją twarz, radosne chwile z przyjaciółmi, palącymi słodkie papierosy przed wejściem na Wydział. Na chwilę obecną otacza mnie chaos w postaci stosów piętrzących się książek, stert kartek, karteluszek i innych dziwnych świstków papieru, a wszystko to w pomieszczeniu 4×3 (może większe, może mniejsze – nie potrafię oceniać wielkości, odległości i innych ilości :P ) z odłażącą tapetą i kiczowatymi kasetonami na suficie – pięknie być nie może. Logiczne!

I wizyta w księgarni. Jako że miałam przy sobie oczywiście jakiś grosz, został on natychmiast zainwestowany w zbiór opowiadań Raymonda Carvera pod wielce znaczącym tytułem “O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości”.

Ale to i tak nie było hitem dzisiejszych odwiedzin w księgarni. Wydziałowej dodam. Dla zainteresowanych: Collegium Maius, ul. Fosa Staromiejska 3, Toruń. Ale do rzeczy. Pomijając fakt, że oczywiście MUSIAŁAM zrzucić stos książek (nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła), gwoździem programu była krótka wymiana zdań z pewnym starszym panem, zapewne jakimś naukowcem (tak wyglądał – wiem, stereotypy, uogólnienia, ale jestem pewna, że to był jakiś profesor, docent czy innej maści pracownik).

Profesor, tak go dla wygody nazwijmy, przeglądał sobie opasłą księgę “Pióro w wątłych dłoniach. O twórczości kobiet w dawnych wiekach” Jerzego Strzelczyka, wertując i wczytując się w opis na okładce. Przy okazji zamruczał pod nosem, całkiem głośno:

- Hmm, coś dla feministycznych galopujących Walkirii!

W tym momencie, stojący obok mnie Adrian wybuchnął śmiechem i wydusił z siebie:

- Właśnie jedna obok pana stoi.

Profesor, niczym nie zmieszany, spojrzał na mnie zza grubych szkieł swoich okularów i zapytał:

- A zna pani tę książkę?

Odpowiedziałam grzecznie, że nie i usłyszałam w rewanżu, że w takim razie powinnam się zapoznać. Na tym nasza konwersacja się zakończyła, zapłaciliśmy – ja za opowiadania, Adrian za jakąś książkę o śmierci i za “Historię erotyzmu” Bataille’a – i wyszliśmy. Do cukierni po bułki.

Mam jednak cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkam Profesora w księgarni i znów zamienię z nim kilka słów. Był uroczy, uprzejmy i ujął mnie tymi Walkiriami. Mimo wszystko.

I na zakończenie – bonus z Wikipedii.

Edward Robert Hughes
Czuwanie Walkirii

Edward Robert Hughes \